Wystawa Zdzisława Beksińskiego – Muzeum Lubelskie w Lublinie

Wystawa prac Zdzisława Beksinskiego ma oficjalny tytuł – „Bezpośrednie mówienie snu” i prezentuje zarówno malarstwo, jak i fotografię artysty (dość wszechstronnego: malarza, fotografa, rzeźbiarza, rysownika, grafika…), a tej nie dane mi było zobaczyć. Na Zamek Lubelski zawitałem jedenastego marca i choć od wernisażu minęły wtedy już dwa tygodnie, jeszcze jeden miał pozostać do odsłonięcia części poświęconej fotografii. Przyznam, było mi to nawet na rękę; mimo że dla osób interesujących się twórczością najsłynniejszego sanoczanina to właśnie zdjęcia mogą być czymś trudniej dostępnym, lepiej ukazującym kształtowanie się artysty, mającym wpływ na późniejszą twórczość, ja chciałem zobaczyć na żywo malarstwo Beksińskiego. Wtedy, nie wiedząc, że fotografia nie jest jeszcze wystawiana, obawiałem się, że to jej zostanie poświęcona większość miejsca, a kilka prac malarskich okaże się zaledwie dodatkiem. Na szczęście byłem daleki od prawdy.

Z pewnością jeszcze dalej mi do uważania się za wielbiciela twórczości Beksińskiego: podoba mi się jej klimat i styl, ale przecież znalazłyby się setki osób, które z pełnym przekonaniem nazwałyby go geniuszem. Ja do nich nie należę, widząc w Beksińskim „tylko” znakomitego rzemieślnika o niezwykle dopracowanym warsztacie i bujnej wyobraźni. Stoję gdzieś pomiędzy zapatrzonymi w niego fanami a „prawdziwymi” krytykami sztuki, którzy na to zapatrzenie spoglądają z niesmakiem, bo w ich oczach Beksiński tworzył prace bez przesadnej głębi, efekciarskie, nieomal zakrawające na kicz. Koneserzy mogą uważać go za artystyczny odpowiednik fast-foodu: może nie nazbyt wartościowy, za to uwielbiany przez masy.

Do pewnego stopnia to rozumiem. Rozumiałem, oglądając kolejne obrazy na wystawie, szczególnie te z tzw. okresu fantastycznego (z którym to malarz jest najbardziej kojarzony); czasem można odnieść wrażenie, że Beksiński po znalezieniu swojej niszy i odkryciu, że zachwyca ludzi, postanowił bezpiecznie w niej pozostać, tworzyć w swoim stylu, bo przecież to jego styl. Przy niektórych pracach niemal samo przychodzi na myśl określenie „autoplagiat”, choć w tym aspekcie artysta miał duża przewagę nad swoimi licznymi naśladowcami (np. Mariuszem Lewandowskim, sprzedającym swoje „beksińskopodobne” prace na Allegro): nie musiał starać się malować jak Beksiński, bo malował jak Beksiński. Jednak co z tego, skoro na obrazy mimo wszystko patrzy się z podziwem? A oglądając kolejne i kolejne, coraz bliższe współczesności, dochodzi się do wniosku, że autor nigdy nie stanął w miejscu, rozwijał się twórczo przez całe życie.

Wbrew moim przewidywaniom, wystawa zajęła wiele sal i korytarzy i objęła kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset prac malarskich, grafik oraz rysunków. Powieszono je kolejnymi dekadami – od lat 50. aż do roku 2005, czyli śmierci artysty – co w połączeniu z towarzyszącymi im notami biograficzno-informacyjnymi pomagało widzowi nakreślić kurs, jaki przez lata obierało życie i wyobraźnia Beksińskiego. Organizatorzy skupili się na interpretacji tychże poprzez samą sztukę, nie zalewając odbiorcy żadnymi archiwalnymi zdjęciami, przedrukami listów, wypowiedziami znajomych czy innymi materiałami biograficznymi. (Jeżeli kogoś interesuje sama postać Beksińskiego, może przeczytać przecież którąś z jego biografii – ostatnia została wydana mniej więcej równolegle z otwarciem wystawy – lub chociażby udać się do Sanoka, gdzie znajdzie jego największą, stałą ekspozycję). W pierwszej sali znajdziemy wczesny autoportret artysty, kilka jego prac z dzieciństwa, nieco więcej z młodości, do tego garść szkiców i projektów, lecz potem zaczyna się już część poświęcona wyłącznie malarstwu. Dzięki temu wystawa nie jest przeładowana, można skupić się na odbieraniu jej pod jednym tylko kątem.

W odbiorze pomaga również prosty, pozbawiony zbędnych ozdobników sposób ekspozycji: dobrze oświetlone prace opatrzone są co najwyżej datami powstania [Beksiński z reguły nie nadawał tytułów], z wyjątkiem grafik nie kryją się za szkłem, które utrudniałoby oglądanie odbiciami; jeżeli kilka obrazów przez znaczne podobieństwa może uchodzić za umowny cykl, z pewnością wiszą obok siebie i pozwalają na wychwycenie tego.

Jeżeli komuś wydaje się, że już w przedszkolu Zdzisio Beksiński rysował kredkami świecowymi wyłącznie ażurowe katedry, a nauczycielki ze szkoły podstawowej straszył swoimi groteskowymi scenami ukrzyżowań, pierwsza sala na wstępie wyprowadza z błędu. Pokazuje, że Beksiński, jak każdy artysta, na dość wczesnym etapie – do lat 50. – miał jeszcze nieukształtowany styl, czy może raczej: charakter prac. Późniejsze uzupełnienie wystawy fotografiami na pewno znacznie poszerzy kontekst, ale i bez tego widać, jak różnych kierunków chwytał się Beksiński, tworząc nieraz kompozycje figuratywne czy czysto abstrakcyjne. Jednakże już tutaj, na niektórych grafikach, można dostrzec zalążki motywów, które z czasem przekształciły się w specyficzną, upiorną tematykę jego malarstwa.

Przekształcenie to najlepiej widać w następnej, już czysto „malarskiej” dekadzie. Obrazy nabierają specyficznego, groźnego uroku, ale widać, że warsztat wciąż jest doskonalony, by w pełni rozkwitnąć w latach 70. Prace z te-go czasu są najodważniejsze, każda kolejna jest nowym krokiem w którąś stronę, eksperymentem (najczęściej kompozycyjnym, jak w przypadku sinej, przerażająco nieludzkiej twarzy pośrodku rdzawego krajobrazu czy piętrzących się układów groteskowych, pełnych detali postaci przywodzących na myśl twórczość Salvadora Dalego). Kolorystyka u Beksińskiego nigdy wcześniej i ni-gdy później nie była tak żywa, różnorodna, momentami nawet krzykliwa, miejscami pozbawiona rzetelnego szukania barw. Mimo to gdzieś spod tej feerii przebija się już dojrzalsze, malarskie spojrzenie, często prowadząc do niespotykanych kontrastów stonowanych przestrzeni i „nieznalezionych” jaskrawości na jednym obrazie.

Obrazy z tego czasu mogą najbardziej razić swoją rzekomą kiczowatością, mimo to właśnie one najbardziej przypadły mi do gustu. Zapewne niejeden doszukałby się sporej dozy banału w morskich falach pod rozgwieżdżonym niebem, wyrzucających na brzeg błyszczące kosztowności. Jednak widać tu pewną zabawę, nawet jeśli zabawa ta polega na puszczaniu „zajączków”, od których czasem mogą zaboleć oczy.

Następne lata pokazują tego Beksińskiego, którego ludzie najchętniej drukują w reprodukcjach czy tatuują na ciele: mrocznego, przygaszonego, pełnego demonicznych, postapokaliptycznych wizji. Nieraz są to rzeczy i posta-cie zupełnie groteskowe, jednak groteska ta polega głównie na deformacji czy „zniszczeniu” struktury, a nie tworzeniu abstrakcji, więc odbiorca zazwyczaj doskonale wie, co dany obraz przedstawia: porywaną podmuchami wiatru katedrę, rozpadający się aeroplan, zniszczony krzyż czy zanikającą we mgle wieżę. Pozytywnie zaskoczyło mnie, że do Lublina sprowadzono część prac, które już wcześniej znałem z internetowych reprodukcji (np. białą twarz w ciem-nym otworze muru czy wspomniany aeroplan). Kompozycja zazwyczaj skupia się na pojedynczym, monumentalnym elemencie, nie pozwala na rozproszenie. Za to starannie stymuluje kiełkowanie w zakamarkach umysłu ponurych refleksji i przemyśleń, tych, których doznać można tylko i wyłącznie stając twarzą w twarz z obrazem, a nie jego miniaturką w Google (długo stałem przez krzyżem majaczącym ponad zniszczonymi wagonami, niemal czując pulsowanie tego kształtu w mroku).

„Dojrzewanie” twórczości Beksińskiego to oczywiście proces długotrwały, nowe dziesięciolecia nie wyznaczają wyraźnych granic kolejnych etapów. Jeszcze trudniej byłoby je dostrzec, mając przed oczami wszystkie prace sanoczanina, wystawa jednak przedstawia tylko niektóre, więc łatwiej określić, czym charakteryzują się prace z ostatnich lat życia malarza – szczególnie te z początku XXI wieku. Synteza, jeszcze wyraźniejszy monumentalizm, powolne dążenie do abstrakcji, monochromatyczna, wysmakowana gama barwna – nie jestem pewien, ale sądzę, że jeśli „poważni” krytycy (ci od fast-foodu) musieliby wskazać w twórczości Beksińskiego najmniej rażący ich okres, wybraliby właśnie ten.

Można by przytoczyć tu wielu malarzy, których sztuka podobnie się rozwinęła, ale dla mnie równie dobrym porównaniem będzie współczesny artysta z zupełnie innej dziedziny – Bob Dylan. Podobnie jak Beksiński, przeszedł w życiu przez wiele etapów, opanował swoje narzędzie – w tym przypadku nie pędzel, a głos – do perfekcji i nie musi udowadniać sobie, że wie, jak go po mistrzowsku używać. Jednocześnie w pełni zdaje sobie sprawę, że to już nie jest wiek na eksperymenty, stawiający pewne ograniczenia, ale wyrównujący je doświadczeniem. I tak jak słynny amerykański bard obecnie nie śpiewa, a szorstko melorecytuje, tak Beksiński skończył z tworzeniem wybujałych wizji, skupiając się na budowaniu jasnej kompozycji i szukaniu barw. Jak dobrze widać tu cechę człowieka, który, choć znany na całym świecie, nigdy nie wyjechał z kraju i nie dał sławie uderzyć sobie do głowy – pokorę!

Wystawa na Zamku Lubelskim w bardzo dobry, wszechstronny sposób ukazuje malarstwo Beksińskiego. Malarstwo, bo nie całą twórczość – ta objęłaby również fotografię, znacznie większą ilość rysunków, rzeźbę oraz grafikę komputerową (przykładów dwóch ostatnich, nawet po uzupełnieniu ekspozycji o zdjęcia, próżno szukać; według mnie, w przypadku grafiki komputerowej to niewielka strata, bo choć Beksiński znakomicie malował i rysował, programami graficznymi posługiwał się z dość przeciętnym efektem). W dzień wernisażu kolejka była podobno najdłuższa od lat – nic dziwnego, bo nazwisko Zdzisława Beksińskiego znane jest nawet ludziom, którzy sztuką na co dzień się nie interesują, i potrafi ściągnąć publikę nadzwyczaj skutecznie.
(Urodzony w lutym 1929 roku w Sanoku, a zamordowany w lutym siedemdziesiąt sześć lat później cieszy się niesłabnącą popularnością; prawdę powiedziawszy, największy splendor – m.in. Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, rondo nazwane jego imieniem czy mnóstwo upamiętniających wystaw – spłynął na niego już po śmierci, lecz na szczęście nie można zaliczyć Beksińskiego do grona artystów niedocenionych za życia).
Czy wybiorę się do Muzeum Lubelskiego ponownie, żeby zobaczyć uzupełnioną o fotografie ekspozycję? Nie. W Beksińskim interesuje mnie głównie malarstwo: je chciałem zobaczyć i udało mi się to w stopniu, jak już wspomniałem, przekraczającym moje oczekiwania. Zarówno organizacja wystawy (oraz niewygórowane sześć złotych za bilet wstępu), jak i same dzieła wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie i mogę ją śmiało – choć ze względu na niewidzianą fotografię również nieco na ślepo – polecić. Do czego zresztą miałem już kilka okazji.

Choć za fast-foodem nie przepadam, ten okazał się nadzwyczaj smaczny.

(Kwiecień 2015)

Autor: Jakub Kanarek, Uczeń Liceum Plastycznego w Nałęczowie