„Nie na sprzedaż”

Pobrałam ostatnio z Internetu Pinteresta, by szukać inspiracji do rysowania, malowania itd. Zaszokowało mnie ogromne bogactwo kategorii, podkategorii, możliwości wyszukań i jestem niezwykle zaskoczona tym, że znajduję prace niemal identyczne jak te, które sobie wyobraziłam wcześniej.

Wędrując przez nieskończone pasmo inspiracji, pomysłów i świetnych prac innych ludzi, znalazłam w końcu to, co do mnie tak bardzo przemawia. Rozwinęłam wątek jednego zdjęcia graffiti, by po prostu przyjrzeć się lepiej, gdy moim oczom ukazały się wszelkiej maści dzieła street artu. Zaczęłam przewijać, oglądać i nie mogłam się nadziwić- wzbudziły we mnie takie zdumienie. Do tej pory widziałam mnóstwo różnych prac, czy to malarskich, czy rysunkowych, autorstwa amatorów lub najsłynniejszych artystów, ale nigdy nie oglądałam ich z ustami otwartymi ze zdziwienia.

Na pierwszy ogień poszedł oczywiście Banksy, chyba najsłynniejszy twórca street artu, nie noszący zresztą tego tytułu bez powodu. Kiedyś oglądałam o nim film i już wtedy czułam, że jest to niezwykły artysta, chociażby dlatego, że do tej pory nie ustalono jego tożsamości. Pozostaje tajemnicą dla brytyjskiej policji i chyba najbardziej znienawidzonym graficiarzem, któremu zawsze udaje się uciec. Imponująca jest ilość jego prac, które powstawały na ulicach Londynu i innych miast świata. Mnie jednak, jak pewnie i resztę odbiorców, zadziwia nadzwyczajna pomysłowość i oryginalność tworzonych prac. Jego styl jest na tyle wyjątkowy, że nie potrzebuję podpisu, by wskazać jego dzieła.

Zapoznanie się z działalnością Banksy`ego było dla mnie bezpośrednim bodźcem do zainteresowania się street artem. Zastanawiałam się, dlaczego ten namalowany od szablonu szczur na budynku w centrum miasta, przykuwa uwagę bardziej od pracy studyjnej na papierze, wykonanej sto razy dokładniej. Odpowiedź w zasadzie znajduję w pytaniu, gdyż namalowane cokolwiek na budynku w centrum miasta, co nie jest zamierzeniem architekta czy właściciela, wzbudza ciekawość i uczucie, że tego tam wcale nie powinno być. Graffiti i street art są postrzegane nieraz jako akt wandalizmu i niszczenie mienia. Zgadzam się, że wulgaryzmy czy niecenzuralne rysunki nie powinny mieć miejsca w przestrzeni publicznej, jednak jeśli mówimy o prawdziwym wychodzeniu sztuki do ludzi, należy się zastanowić.

Wielokrotnie przechodząc mało uczęszczanym tunelem, gdzie obrazy i napisy robione sprejem niemal spływają ze ścian w swej obfitości, zatrzymuję się, by przyjrzeć się ich geniuszowi. Idąc tym tropem, zauważam zależność: w momencie, gdy sztuka wychodzi na ulicę, wpływa bezpośrednio na zachowanie ludzi. Zatrzymują się oni, patrzą, uśmiechają się. Przez tę jedną chwilę, idąc do autobusu, do pracy, wracając ze sklepu, patrzą na rzeczywistość, która ulega zachwianiu poprzez kontakt ze sztuką uliczną. Chcąc lub nie, wpływa to na ich uczucia poprzez humor zawarty w dziele, życiową prawdę, a nawet kontrowersję.

Moim zdaniem powinno powstawać jak najwięcej przykładów sztuki ulicznej, jednak powinna ona służyć społeczeństwu. Potrzeba zmiany myślenia: malarstwo spotkamy nie tylko sztywno opakowane w ramę, w czterech ścianach muzeum i do tego za opłatą, ale dostrzeżemy je jako ważny element miejskiego krajobrazu, który my sami możemy nieustannie kreować.

 

Autor: Magdalena Jodłowska, Uczennica Liceum Plastycznego w Supraślu