” Po co mi stopy, skoro mam skrzydła?”

„Jak okropnie zrośnięte brwi! A ten wąsik?!” Mniej więcej tak wyglądała moja reakcja, gdy pierwszy raz zobaczyłam autoportrety Fridy Kahlo oraz zdjęcia, które wykonano jej za życia. Jednak swoim intrygującym spojrzeniem zdołała mnie zachęcić, bym nie dała się zwieść pozorom, a zagłębiła się w jej historię.

I muszę przyznać, że przeżyłam niemałe zaskoczenie, analizując jej życiorys i historie namalowanych prac. Już wcześniej słyszałam o jej twórczości, że to prymitywizm, folklor, tragedie życiowe, ale tak naprawdę zrozumiałam jej dzieła dopiero wtedy, gdy przełożyłam je na swoje życie. Fakt, nie wszystko było takie samo, w zasadzie to zupełnie się różnimy, ale odczuwam swego rodzaju podobieństwa na tle duchowym.

Z początku w jej obrazach uderzały mnie szczególnie intensywne kolory i „naiwność” przedstawienia. Przypominały mi książkowe ilustracje czy prace dzieci, w których pełno motylków, ptaszków, kwiatków, a nawet małpek na drzewach. Istna mozaika uroczych stworzeń i cudownych roślin. Jednak w miarę analizowania zaczęłam dostrzegać więcej. Minęło pierwsze wrażenie i za słodką kurtyną zobaczyłam tragedię. Przedstawienia były dosyć jasne, a niekiedy po prostu jednoznaczne, lecz jakby zupełnie pozbawione sensu. Nie mogłam tego ot tak zostawić, więc zaczęłam szukać odpowiedzi w życiorysie artystki.

A oto stanęła przede mną Meksykanka, biseksualna komunistka o silnym charakterze, oglądająca na własne oczy sceny przemocy Rewolucji Meksykańskiej. W swoich czasach była naprawdę ewenementem, wyrywającym się z konwenansów i żyjącym całkiem po swojemu. Ubierała się w ludowe, kolorowe spódnice, a włosy zdobiła kwiatami. Gdybym minęła na ulicy kobietę wyglądającą w ten sposób, to zapewne pomyślałabym, że jest ona stuprocentową optymistką. Nic bardziej mylnego! Jest to wrażenie tak nietrafione jak pierwsze przeglądanie jej prac. Kobieta ta nosiła w sobie niezmierną ciemność. Ofiara dwóch wypadków drogowych, matka trójki nienarodzonych dzieci, żona słynnego ówczesnego artysty – Diega Riviery, do którego często była porównywana. Każda tragedia bardzo silnie odbijała się na jej stanie fizycznym, ale również duchowym i psychicznym. Frida zaczęła malować swoją rzeczywistość, ból, cierpienie i rozczarowania. Pojawiło się wiele głosów, że tworzy ona surrealistycznie, lecz zaprzeczała, powtarzając, że to nie sny, a prawda. Jak sama opisywała w swoim pamiętniku, zaczęło liczyć się dla niej tylko malowanie. Znajdowała ukojenie, gdy przelewała na płótno swoje żale. Nie miała nikogo, kto by ją zrozumiał, udzielił wsparcia. Trwając w bólu, zaczęła pragnąć śmierci jako tej, która wreszcie przyniesie jej ukojenie.

Po dogłębnym zapoznaniu się z historią Fridy, zaczęłam jej głęboko współczuć. Początkowe uczucia zniechęcenia i zdziwienia zaczęły ustępować myślom o kruchości ludzkiego życia, a nawet o niesprawiedliwości losu. Stała się ona dla mnie mniej artystką z dalekiego kraju, którego kultury nie znam zbyt dobrze, ale jednocześnie wrażliwą kobietą, która pod zasłoną „wszystko okay” skrywa smutek, a wręcz głęboki żal. Całość jednak, paradoksalnie, napawa nadzieją, gdy uświadamiam sobie, że kobietę od całkowitego załamania dzieliła sztuka. Szok i niedowierzanie, lecz tak właśnie się dzieje, gdy negatywne emocje mają szansę ucieczki w wyniku działania pędzla.

Zainspirowana Fridą namalowałam swój autoportret na tle gwieździstego nieba w asyście świetlików. I choć moja praca do dzieł artystki nie jest nawet podobna, to oddaję hołd jej brwiom, rezygnując z namalowania swoich. A swoją drogą: to z tym wąsikiem jest jej bardzo do twarzy.

 

Autor: Magdalena Jodłowska, Uczennica Liceum Plastycznego w Supraślu